piątek, 28 lipca 2017

Jak kolejny raz wygrałam z ED?

Po opublikowaniu posta [kiedy życie staje się obojętne], dostałam mnóstwo wiadomości, że chętnie przeczytacie kolejne o podobnej tematyce. Jednocześnie post [Zaburzenia odżywiania - jak sobie radzić?] jest na 1. miejscu w popularnych postach! Dlatego postanowiłam, że będę pisać o wszystkich moich przemyśleniach na ten temat.

Piszę do Was, do wszystkich dziewczyn (i chłopaków też), którzy chwilowo stracili nadzieję, że z tego da się wyjść. Ten tekst skierowany jest do wszystkich cierpiących na ED. Szczęściem i pozytywnymi emocjami bardzo lubię się dzielić, dlatego właśnie teraz piszę teraz do Was. Naładowana pozytywną energią. Którą wytworzyłam sobie sama :)

"Pisałam i pisałam. Jednym tchem, kolejny post.
Tym razem nie zastanawiałam się długo nad treścią, nad "kontentem", po prostu byłam, a raczej wciąż jestem tak szczęśliwa, że mi się udało - aż postanowiłam się tym z Wami podzielić. Że da się. Da się z tym wygrać! Zaburzenia odżywiania to nie wyrok. Pomimo braku wsparcia, pomimo tego, że jesteście z tym zupełnie sami, bo nikt z Waszych bliskich tego nie rozumie. Żaden psycholog, chłopak, dziewczyna, przyjaciółka, mama, dziadek, ciotka.
Kiedy jesteście zdani tylko na siebie, wtedy przechodzicie prawdziwą szkołę życia. I nic nie jest wstanie nas więcej nauczyć."



Otóż: od kilkunastu tygodni - myślę, że to kwestia 3-4 miesięcy (nie jestem w stanie powiedzieć ile dokładnie czasu minęło, jestem z gatunku tych ludzi, którzy nie orientują się jaki jest dzień tygodnia, ba, czasem nawet jaki jest miesiąc) - JEM NORMALNIE. 3-4 posiłki dziennie. Nie jem czekolady, nie jem sera i nie mam ochoty na nic słodkiego. Nie jem o późnej porze (np. chorizo o 23... przecież mięso o tej porze nie ma prawa się już strawić...). Jem regularnie śniadania. I sprawia mi to przyjemność. Wstaję rano, szczęśliwa z myślą o nadchodzącym śniadaniu. Nie budzę się z myślą, co zjadłam wczoraj, z ciężkim żołądkiem i myślami - co się dzisiaj stanie? Co zjem? Czy uda mi się przetrwać?
Nie mam potrzeby objadania się, które potem równoważę głodówkami. Nie męczę już swojego organizmu, bo go ...kocham. Dbam o siebie, bo jeśli ja tego nie zrobię, nikt inny nie jest w stanie tego zrobić.

"Chyba nie byłem nigdy za dobry dla siebie.
Tyle razy wymierzałem sobie cios."


"Nie jesteśmy tylko zbitką tkanek.
Zobacz sam, jak to wszystko zgrane.
Czasem brak perspektywy nam,
Ale na bank to nie tylko przypadek.
Głęboko w sobie zakopaną mamy tę prawdę o sobie samych,
Zapomnianą aż tak, że nie dowierzamy."



Jeszcze parę miesięcy temu, nie wierzyłam, że tak można. Zjeść rano jajecznicę, a potem przez parę godzin nic. Zwyczajnie nie czuć głodu, potrzeby zjedzenia czegokolwiek. W zasadzie to ja w ogóle nie miałam pojęcia czym tak naprawdę jest GŁÓD. Nigdy nie jadłam, bo byłam głodna. Ja zawsze czułam potrzebę zagłuszenia myśli. A nic nie jest łatwiej dostępne od jedzenia.

"Głęboko w sobie zakopaną mamy tę prawdę o sobie samych,
Zapomnianą aż tak, że nie dowierzamy.
Kiedy jawi się nam przed oczami,
Więc każdego dnia wolimy stawiać na materializm."



A ja tak naprawdę potrzebowałam witamin, minerałów i składników odżywczych. I akceptacji.
Akceptacji siebie samej. Bo nie podobało mi się do końca to, jak wygląda moje życie. Za dużo myślałam i skupiałam się na tym, co jest nie tak, zamiast doceniać to, ile udało mi się osiągnąć. Nie wiedziałam czego chcę, co tak na prawdę sprawia mi przyjemność. Miałam marzenia, ale wydawały mi się one nie do zrealizowania, przez co przestałam nawet marzyć. Wiedziałam jednak, że jak tylko pozbędę się ED (skoro już raz mi się udało, to dlaczego nie uda mi się to po raz drugi) to wszystko będzie prostsze. Aby realizować swoje marzenia, trzeba być niezależnym. Wolnym. Więc robiłam wszystko, aby być wolna i niezależna od jedzenia, które mnie ograniczało i kontrolowało.

`Ejj, Anita, musisz mnie zjeść. Siedź i jedz. Będzie fajnie.
Tak wołało mnie jedzenie. 24/h. Na początku były to słodycze. Ciastka zbożowe, salami. Miałam 14 lat. Potem owocowe soki, bo przecież zdrowe. Następnie burgery i mięso. Będzie fajnie? "Fajnie" to jest jak się przebiegnie 10 km czy chodzi po górach. Jest trochę trudniej się do tego zmusić, ale przynajmniej nie ma się wyrzutów sumienia. Są endorfiny! Szczęście, zdrowie, energia i motywacja! Czy tego własnie nie jest nam potrzeba? Tak sobie wmawiałam, zmuszałam do ruchu i powstrzymywałam przed jedzeniem. Z każdym dniem było coraz łatwiej, bo teraz to endorfiny ze sportu mnie uspokajały.

Zaczęłam także odmawiać. Wszelkim pokusom. Przecież to ja decyduję, że teraz jem, piję, leżę, śpię, czy biegam, czytam, działam. Więc zaczęłam działać. Nie słuchać mojego wewnętrznego lenia.


"Dobrzy ludzie zewsząd dobre ziarno idą siać.
Rzucają je w ciemność,
Mając pewność, komuś może światło dać."


Bardzo pomógł mi także słoiczek wdzięczności. Ale nie byłoby go, gdyby nie ludzie, z którymi przebywam. 75% karteczek, to właśnie miłe słowa, które napływają z mojego otoczenia (wcześniej, nie zdawałam sobie sprawy, że jest tego aż tyle!). Reszta to przede wszystkim wspomnienia z podróży, nowo odkryte miejsca, docenianie przyrody, czy dobrego jedzenia. Nowo odkryte smaki. Muzyka. Nowo poznani ludzie, nowe wrażenia.
Dzięki temu, nauczyłam się doceniać wszystko, co mnie otacza. Tu i teraz.


Najbardziej jednak pomogła mi zmiana diety.
Zero zbóż (gryka, ryż, pszenica, żyto, jęczmień, kasze), zero nabiału (żadnych serów, nawet kozich, eko czy bez laktozy). Zero czekolady, nawet tej gorzkiej, surowej, eko, bio, tej najdroższej - kakao działa na mnie jak narkotyk. Ograniczyłam też owoce, bo słodki smak również jest u mnie triggerem, czyli zapalnikiem kompulsów. Dotyczy to zarówno owoców świeżych czy suszonych. Wyjątkiem są podróże, kiedy czasem nie ma czasu albo nie ma nic innego w sklepie, co by się nadawało i jestem skazana na jabłka, banany czy grapefruity.


Jem wszystko to, co naturalne. Warzywa, mięso, ryby, jaja, w ograniczonej ilości owoce. Przykładowo: na śniadanie jem 4-5 kabanosów ze 100% mięsa (tak, to jest ważne, bo dodatek glukozy, konserwantów i ulepszaczy smaków potrafi nieźle namieszać w organizmie, a nawet spowodować kompuls) + zieleninia (przetworzone mięso sprzyja procesom starzenia, dlatego warto jeść je razem z sałatą, zieloną pietruszką, koperkiem, szczypiorkiem, które zawierają naturalne antyoksydanty) lub jajecznicę z 2-3 jaj - czyli białko&tłuszcz. Węglowodany na śniadanie (np. popularna owsianka, omlety, 'pankejksy') nie są wskazane - rano poziom cukru jest najbardziej narażony na wahania, co powoduje spadki energii, jednocześnie może wzmagać apetyt (kolejny trigger). Na obiad jem mięso + warzywa, a na kolacje przeważnie same warzywa czy owoce. Wieczorem najlepiej tolerujemy węglowodany, więc warzywa takie jak ziemniak, batat, marchew, słodkie desery, owocowe ciasta, muffinki są jak najbardziej wskazane. Nie jem już wtedy zbyt dużej ilości białka - mięso, ryby, jaja, które trawią się bardzo długo i wymagają odmiennego środowiska. Ciężko jest wtedy zasnąć, a jeśli zaśniemy, to nasz układ trawienny będzie przeciążony i obudzimy się bez apetytu oraz energii. Niestrawione resztki pokarmowe to najgorsze zło w kwestii zaburzeń odżywiania oraz psychiki. Powinniśmy chodzić spać lekko głodni.

Uzupełniłam braki witamin i minerałów - magnez, witaminy z grupy B, witamina C, debutir (maślan sodu regenerujący przewód pokarmowy), żelazo, jod. Chociaż wyniki nie były złe, to okresowa suplementacja na pewno przyniosła efekty. Codziennie piję wodę z miodem, imbirem i witaminą C - lewoskrętna, 100% (no dobra, czasem zapominam, ale przecież nie muszę już być perfekcjonistką). Piję pokrzywę, która ma działanie oczyszczające oraz moczopędne - a po ED często ma się skłonności do zatrzymywania wody w organizmie. Piję glinkę spożywczą w ramach detoksu.

Nie zmuszałam się do niczego. Nie robiłam wszystkiego na już i teraz. Wszystko działo się powoli. Wiedziałam, co chcę osiągnąć - po prostu jeść i nie czuć potrzeby jedzenia więcej, kiedy przekroczyłam normalną porcję białka, tłuszczy i węglowodanów. Okazało się, że kiedy pochodzą one z dobrego źródła, wcale nie pojawia się potrzeba zjedzenia więcej. Gdy był kryzys, bo zjadłam coś, co wmówiłam sobie, że nie mogę (np. orzechy, kabanosy z glukozą, konserwantami oraz innymi niepotrzebnymi przyprawami), nie miałam wyrzutów sumienia.
Co ja mówię, jasne, że miałam. Tylko je WYPIERAŁAM. Nie ma diety idealnej. Każdy ma swoje słabości. Jeśli zdarzają się raz na tydzień, to nie jest problem, to jest NORMALNE.
Siła umysłu! Do wszystkiego jesteśmy w stanie przekonać nasz umysł. Każda wpadka, każde niepowodzenie - były nam potrzebne, abyśmy wstali, otrzepali się i szli dalej! Ważne, że ciągle do przodu. ;)

"Może zrozumiesz to wszystko już dziś,
Może jutro i może przyjdzie to z trudem,
Ale gdy już odkryjesz swą naturę,
Pisz mail, zbij mi pięć, mówiąc: “Jestem cudem!”."

Podróże! Kocham, uwielbiam, cenię, chcę więcej! A za co kocham podróże przeczytacie [tutaj].
M.in. za ten dystans do jedzenia, bo kiedy dookoła jest tyle interesujących miejsc, ludzi, tyle wrażeń do przeżycia... po prostu nie myśli się o jedzeniu. Podróże pozwalają nam się zdystansować do rzeczywistości. Jeśli tylko masz problem z jej odbiorem - pakuj plecak i jedź przed siebie! To podczas podróży nauczyłam się odczuwać fizyczny głód. Tak ważne dla nas, anorektyczek i bulimiczek.

Przestałam się także przejmować opinią innych. Bo wielu osobom nie podoba się to, że jestem szczęśliwa. Że podróżuję. Że robię to co chce, to co mi się podoba, że żyję tak jak chce. Brzmi jak banalny przepis na szczęście. Niestety - po drodze spotykamy rzeczywistość. Rodzina i z pozoru najbliżsi Ci ludzie, wmawiający, że robisz źle. Że powinnaś robić inaczej. Podsuwający Ci słodkie, czekoladowe ciasteczko na pocieszenie i gwarancję, że jeśli zostaniesz w swojej strefie komfortu, to będziesz szczęśliwy. Często utwierdzają w przekonaniu, że co Ty tam możesz. Twoje marzenia są nierealne. To nie dla Ciebie. Ułożyli Ci już perfekcyjny plan na życie. Ale to TY DECYDUJESZ. Możesz być kim chcesz!

"Samoocena upaprana od stóp do głów,
Stoi przywiązana do cudzych słów."


Gwarantuję Ci - MOŻESZ WSZYSTKO. Ja pokonałam już tyle słabości, że nic nie jest dla mnie niemożliwe. Nie widzę niczego takiego jak "problem" - widzę "wyzwanie". Każdy cel, każde marzenie jest możliwe do zrealizowania. Chcesz pojechać na Chile? Przytulić kangura w Australii? Zostać opiekunką dzieci w USA? A może zostać nauczycielką w Ghanie? A może tylko wejść na Baranią Górę czy zdobyć wymarzoną sylwetkę i zacząć odmawiać ciotkom i babciom "serniczka" po którym masz chore sny i chore wizyty w toalecie? DA SIĘ. Tak samo da się zwalczyć ED i żyć normalnie.

I wcale nie chcę Wam powiedzieć, że wyjście z tego jest ŁATWE i PRZYJEMNE. Bo nie jest. Trzeba być silnym. Ale wiem, że Wy tacy jesteście. Widzę to po Waszych wiadomościach. Że się nie poddajecie i wciąż szukacie rozwiązań, że widzicie to co ja widziałam - światełko w tunelu - że po przejściu tego wszystkiego czeka na Was lepsze, dobre życie. Wtedy da się spełniać marzenia. Ciężki jest tylko pierwszy krok. Potem idzie z górki. Uwierzcie! Skoro mi się udało, to Wam też! <3

*Zapraszam do grupy na facebook'u, którą utworzyłam z myślą o Was - [ED - fighting group] - dla wszystkich, którzy chcą się podzielić swoją historią, mają chwilę zwątpienia, słabości, czy też chcą się pochwalić sukcesem albo zapytać o poradę. Jest już Was ponad 100! Dziękuję! Wierzę, że razem możemy więcej ;)

"Nie przyszedłem tu, by prawić morały,
Lecz podzielić się tym, co może, może coś zmienić.
Serce nie pozwala mi zostawić tego, 
Co widziałem w setkach źrenic.
Już czas nauczyć się wypatrywać tęczy, gdy pada,
Zwłaszcza, kiedy pada w nas.
A gdy zmrok zapada, mrokowi nie dawać szans
I kierować się ku światłu gwiazd."


Wszystkie powyższe cytaty pochodzą z piosenki: [Zeus - Siewca] - uwielbiam! <3


7 komentarzy

  1. Kochana wspaniały artykuł !!! Z ED zmagam sie już od około 14 roku życia (mam obecnie 25 l.) trochę dlugo i nie ukrywam ze jestem juz tym zmeczona... Ciagle diety, liczenie kalorii, cheat meale a pozniej nieludzkie treningi czy glodowki. Szczerze współczuje swojemu cialu tak samo jak i glowie bo w niej jest jeszcze większy chaos....:( Podzielam Twoje zdanie odnoscie diety paleo... to byla moja jedyna dieta po ktorej moglam utrzymac satysfakcjonujaca mnie wage jak i smacznie jesc. Niestety choruje na insulinoopornosc wraz z hipo i hiperglikemia. Piszesz o sniadaniach bialkowo- tluszczowych i obiadach mieso+ warzywa, weglowodany zas dostarczasz jedynie podczas kolacji. I tu moje pytanie:) Co bys polecila osobie takiej jak ja ktora teoretycznie powinna utrzymywac cukier na stalym poziomie (przez co nie wiem czy dobrze rozumiem ale musze go dostarczac w kazdym posilku). Bardzo odpowiedalo mie nie laczenie wegl. z bialkami poniewaz poprostu lepiej sie czulam ale wlasnie czasami po takim zestawie odczuwalam spadki cukru. Co o tym myslisz kochana? Chcialabym jest pierwsze 2 posilki bilalkowo - tluszczowe a 3 wegl. ale nie wiem czy to nie wyrzadzi jeszcze wiekszej szkody dla mojego organizmu. Pozdrawiam Ania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety też choruję, a raczej chorowałam na insulinooproność wraz z hipo i hiperglikemią. Stąd właśnie taki układ - rano białko i tłuszcz, węgle wieczorem. Masz rację, nie powinno się łączyć węgli z białkiem np. mięsa z owocami czy nawet ziemniakami nie jest wskazane, bo trawią się w zupełnie innym środowisku, jedzenie nie zostaje wtedy dokładnie strawione, co skutkuje wzdęciami, zaparciami. Ja się tej zasady staram trzymać (chociaż uwielbiam połączenie pieczonego kurczaka i pieczonych ziemniaczków <3) i dzięki temu mój poziom cukru jest w miarę stabilny - zanim do tego doszłam zajęło mi sporo czasu - chyba z 2-3 lata testowania różnych diet (wciąż paleo, ale różne wariacje), polecam próbować na parę dni, właśnie taki układ: białko i tłuszcze 2 razy, a 3 posiłek to węgle. Serdecznie pozdrawiam i życzę powodzenia! :* I pamiętaj, nie poddawaj się, organizm będzie potrzebował czasu, aby się zaadaptować i zacząć poprawnie trawić, a insulina ustabilizować :)

      Usuń
  2. Anita, bardzo długo myślałam nad sensem pisania tego komentarza, ale jednak...piszę. Może też dlatego, że przeczyta go mnóstwo osób z ED, a chciałabym poddać w wątpliwość to, co piszesz w kontekście diety. Tylko diety. Z resztą poruszonych przez Ciebie aspektów się zgadzam, jednocześnie bardzo się cieszę, że wyszłaś z tego dołka o własnych siłach. :)
    Nie uważam się za eksperta w dziedzinie ED, ale przesiedziałam w tym ok. 8 lat, przeczytałam sporo publikacji o tej i pokrewnej tematyce, zdecydowaną większość testowałam na sobie. Dziś uważam się za osobę zdrową i nie dlatego, że udaje mi się unikać glutenu, nabiału, cukru i w ogóle nie mam na nie ochoty. Byłam tam gdzie Ty - w totalnym bagnie i na haju perfekcyjnej diety paleo (też choruję na Hashimoto). Wyleczyłam się z przekonania, że węglowodany są złe i jakaś ich grupa wywołuje ataki - moje ciało ich po prostu potrzebowało, wystarczyło mu zaufać. Nie będę się rozwlekać, po tym czasie uważam, chodź oczywiście ktoś może się ze mną nie zgodzić, że zaburzenia odżywiania kończą się w momencie, kiedy żaden pokarm nie jest dla Ciebie 'zapalnikiem'. Pozdrawiam i życzę powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Anonimowa, na pewno zgadzam się z tym, że zaburzenia odżywiania kończą się tam, gdzie nic nie stanowi zapalnika. Ale przyznasz chyba, że póki zapalniki są, to jednak trzeba ich unikać. Wszystko w swoim czasie, większość jedzenia jest dla ludzi, ale niech włączenie czegoś do diety będzie świadomą decyzją, choćby i spontaniczną ale wciąż świadomą, a nie wynikiem zobojętnienia, przypadkiem lub impulsem. Anita nigdzie też nie napisała, że unika węglowodanów, po prostu wybiera te, które jej służą. Na miłość do siebie, dbanie o swoje ciało i ducha nie ma jakiegoś uniwersalnego wzoru, dla każdego będzie to wyglądało trochę inaczej. Dla tej samej osoby w innym momencie życia i na innym poziomie rozwoju też będzie się różniło. Trzeba też nauczyć się odróżniać prawdziwą potrzebę od takich właśnie impulsów wynikających z czegoś zupełnie innego. Czy gdybyś ulegała swoim zachciankom na gluten i cukier, kiedy jeszcze je miałaś, wiedząc że doprowadzi to do całej lawiny konsekwencji to łatwiej byłoby Ci się znaleźć tu gdzie jesteś teraz? Ośmielę się zgadnąć, że nie :) Czasem naprawdę jest tak, że trzymanie konkretnej diety, to najlepsze co można zrobić w danym momencie. Oczywiście to doprowadzi do zdrowia tylko wtedy, kiedy jest podyktowane miłością do samej siebie, a nie chęcią utrzymania się w sztywnych ramach jakichś zasad.
      Również pozdrawiam i życzę powodzenia Anicie, Tobie, sobie samej i wszystkim którzy tego doświadczyli :)

      Usuń
    2. Dzięki dziewczyny za komentarze :) Dokładnie Emilko - napisałaś to co ja chciałam napisać :D
      Bo dla mnie ten etap to już jest wyjście z ED, ja niestety z powodów problemów zdrowotnych nie jestem w stanie zrobić sobie odstępstw takich jak pizza czy lody, bo wiem, czym to się skończy. I nie mam z tym problemu i nie jest mi przykro i źle, bo potrafię sobie je zrobić sama, tak, żebym nie musiała później cierpieć przez tydzień. Zresztą dla każdego "wyjście z ED" to coś innego, każdy inaczej je definiuje :) Bo każdy z nas jest inny i ma do diety inne podejście.
      I wcale nie unikam węglowodanów, nie wiem skąd takie wnioski :) Potrafię zjeść ich sporo wieczorem, a i czasem zdarzą się jakieś owoce po południu (np. w formie sorbetu <3), szczególnie teraz, w sezonie. Moim sukcesem jest to, że po zjedzeniu takiego sorbetu nie mam ochoty na więcej. Po prostu czuję, że się najadłam. I to jest piękne i to uczucie skłoniło mnie to napisania tego posta.
      Dzięki jeszcze raz za komentarze, na prawdę doceniam, kiedy ktoś poświęci chwilkę by napisać swoje spostrzeżenia, pozdrawiam Was baaardzo serdecznie i również życzę powodzenia! :*

      Usuń
  3. Brawo, brawo i jeszcze raz brawo! Podziwiam osoby, które potrafią otwarcie mówić o tym problemie. Niestety większość z nas dusi to głęboko w sobie...

    OdpowiedzUsuń
  4. O to chodzi, czas mówić o tym problemie na głos. Najgorsze zło czyni milczenie, jak to powiedział jeden z filozofów...

    OdpowiedzUsuń

TOP